Pierwsza samotna wędrówka po górach

Blog lifestylowy Katarzyny Raiter-Łuksza

Zrobiłam to! Przełamałam się i w końcu poszłam sama w góry. No może nie tak zupełnie sama, ponieważ był ze mną mój wierny piesek, niezastąpiony towarzysz beagle Miecio. Jak udała się wycieczka i czego się nauczyłam? Zapraszam na relację!

Mieszkamy w górach już jakiś czas, jednak ja nie mogłam przemóc się, aby wybrać się w samodzielną wędrówkę. Wiele osób, które praktykują takie solo wyprawy, bardzo chwalą sobie czas spędzony tylko ze sobą i polecały mi także spróbować. Ja z natury po prostu potrzebuję mieć towarzystwo, a bez kogoś u boku, zwłaszcza w górach, po prostu czuję się niezbyt pewnie. Postanowiłam jednak się przełamać i spróbować, w końcu mój pies to przecież równoprawny towarzysz więc sama finalnie nie byłam.

Celem pierwszej samodzielnej wędrówki była lokalna Szyndzielnia 1026 m n.p.m, na którą można dostać się również kolejką linową. Pogoda była piękna, a mimo to wiele osób wybrało właśnie przejazd kolejką. Patrząc po wielkości kolejki do wagoników, czas oczekiwania na przejazd mógł równać się wejściu na szczyt, ale w końcu każdy robi jak woli.

Blog lifestylowy Katarzyny Raiter-Łuksza

Z zapakowanym plecakiem, zapasami wody i gumową miską dla Miecia ruszyliśmy na niebieski szlak. Początkowy odcinek jest bardzo stromy, a dodatkowo temperatura 30 stopni na plusie, sprawiły, że szybko się zmęczyliśmy. Kiedy już przyzwyczailiśmy się do warunków poszło hmm całkiem “pod górkę”. Zrobiliśmy kilka przystanków, aby Miecio mógł napić się wody i po ok. 1,5 godziny znaleźliśmy się na szczycie. Widoki były piękne, ludzi – tłumy. Okazało się też, że z psem nie można wejść do restauracji w schronisku <lol>. Można siedzieć na tarasie, ale szkopuł polega na tym, że zamówienia składa się przy ladzie, a ja psa samego nie zostawiam nawet na moment. Dlatego z jedzenia musiałam zrezygnować, ale i tak nic, co mogłabym zjeść w karcie by nie było także nie ma tego złego 🙂 

Blog lifestylowy Katarzyny Raiter-Łuksza
Widok ze szczytu – było widać Tatry

Pochillowaliśmy chwilę na szczycie i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Trasa minęła nam bardzo szybko, całkiem przypadkowo, wracając szlakiem czerwonym zaliczyliśmy jeszcze Dębowiec 536 m n.p.m 🙂 Podczas tej krótkiej wyprawy udało mi się wyciągnąć cenne lekcje. 

Czego się nauczyłam?

  1. Na szlaku (nawet samemu) jest całkiem przyjemnie.
  2. W krzakach wcale nie czyhają niedźwiedzie.
  3. Wędrówka pozwala się wyciszyć i spojrzeć na pewne sprawy w innej perspektywy.
  4. Widoki niezmiennie są zapierające dech w piersiach.
  5. Muzyka pomaga oswoić się z ciszą (która mnie czasami przeraża). 
  6. Warto jest nauczyć się spędzać czas samemu ze sobą.

Ostatni punkt jest dla mnie najważniejszy. Myślę, że tak przywykłam do tego, że zawsze miałam koło siebie grupę ludzi, że teraz ciężko mi odnaleźć się w sytuacjach, kiedy muszę być po prostu sama. A to błąd! Przecież tylko w samotności możemy spojrzeć na świat nieco inaczej, poznać siebie i swoje prawdziwe pragnienia. 

Blog lifestylowy Katarzyny Raiter-Łuksza

Jestem wdzięczna wielu osobom, które wsparły mnie w decyzji o samodzielnej wędrówce. Na szlaku było bezpiecznie (oczywiście pistolet gazowy był w plecaku, a co). Myślę, że samodzielne wyprawy w różne miejsca na stałe zagoszczą w planie mojego miesiąca. Dzięki temu wyjściu udało mi się podjąć kilka ważnych decyzji, ale przede wszystkim wyciszyć się i nacieszyć naturą. W końcu lokalnie też można podróżować 😉 A jak Wasz weekend? Czy praktykujecie samotne wyprawy? Dajcie znać w komentarzu!

Buziaki, K.

  • Bardzo trafne podsumowanie. Chodząc samemu można wiele spraw przemyśleć, posłuchać muzyki, poczytać książkę albo posłuchać audiobooka na łonie natury, zjeść rozgniecioną kanapkę z plecaka czy roztopionego batonika 😉 Ja byłam na takiej wyprawie i w pełni Cię rozumiem 🙂

    • Dziękuję 🙂 Było całkiem fajnie, ale gdzieś dalej sama bym raczej nie poszła 🙂